Wrocławianie pożegnali Antoniego Gucwińskiego. Zobaczcie zdjęcia

r
Pogrzeb Antoniego Gucwińskiego
Pogrzeb Antoniego Gucwińskiego fot. Paweł Relikowski
Udostępnij:
Antoni Gucwiński był legendarnym dyrektorem wrocławskiego zoo i twórcą kultowego programu TV "Z kamerą wśród zwierząt". Odkrywał przed milionami Polaków niezwykły świat przyrody. W piątek, 7 stycznia, odbył się we Wrocławiu jego pogrzeb...

Przeczytajcie wspomnienie Antoniego Gucwińskiego

Doktor Dolittle z Wrocławia. Człowiek, który kochał zwierzęta miłością wielką jak słoń

Antoni Gucwiński. Człowiek legenda. Ikona Wrocławia. Był znany nie tylko w stolicy Dolnego Śląska, w której przez dziesięciolecia szefował ogrodowi zoologicznemu. Popularność w całej Polsce przyniósł mu program telewizyjny "Z kamerą wśród zwierząt", w którym razem z żoną Hanną opowiadał o życiu i zwyczajach egzotycznych żyraf, lwów, tygrysów, ale i naszych, polskich, bocianów, wydr i niedźwiedzi. 8 grudnia zmarł nagle w szpitalu we Wrocławiu. Miał 89 lat. - Straszna jest starość i ta świadomość, że się schodzi w życiu równią pochyłą. Że człowiek wypada już w nicość. To przykre - mówił podczas naszego ostatniego spotkania.

Rozmowa przez telefon z Hanną Gucwińską, przed południem 8 grudnia, zmroziła mnie:
"Mąż nie żyje. Ja jestem w wielkim szoku. Nadal do mnie nie dociera, co się stało. Wczoraj trafił do szpitala, bo miał wielkie problemy z oddychaniem. Zabrała go karetka. Źle się ostatnio czuł, bolało go wszystko, noga najbardziej. W środę już jego stan był ciężki. I wie pan, że kiedy rozmawiałam z lekarzem ze szpitala, to w trakcie tej rozmowy mąż umarł. Nawet nie zdążyłam się z nim pożegnać..." - mówiła pani Hanna.

"No co? W wojsku byłem..."

Trudno mi o nim pisać "był". Znaliśmy się 25 lat. Kiedy był dyrektorem wrocławskiego zoo, odwiedzałem go przynajmniej raz w miesiącu: i służbowo - bo był skarbnicą opowieści "do gazety" o życiu i zachowaniach zwierząt, i prywatnie - bo był cudownym, miłym człowiekiem, który błyszczał humorem, inteligencją. W jego towarzystwie nie można było się nudzić. Zaskakiwał na każdym kroku - na przykład potrafił nagle wspiąć się na dwumetrowe ogrodzenie i przeskoczyć je kilkoma ruchami na drugą stronę, na wybieg - "No co? W wojsku byłem..." - uśmiechał się. Albo, gdy podczas jednej z wizyt, przywieziona z Zielonej Góry krokodylica wyskoczyła ze skrzyni i zaczęła biegać po zapleczu terrarium (a my byliśmy kilka metrów dalej) dyrektor zachował zimną krew, poszedł po strzelbę ze środkiem usypiającym, a mi wręczył... metalową kratę: "Niech pan trzyma przed sobą, to pana nie zje".
Gdy przeszedł na emeryturę dzwoniliśmy do siebie ("No i jak tam te pańskie dzieci, dokuczają mocno?", "A dziękuję za kartkę z Darłówka, śliczna, z bursztynami...", "A w tej polityce, to cuda się dzieją, no niech pan powie, co o tym sądzi?") i spotykaliśmy się w jego domu na wrocławskim Biskupinie, w otoczeniu zwierząt - w jego azylu na ziemi, wśród zieleni.

Żyrafy domagały się pieszczot

Suchy biogram nie odda, jaką był barwną postacią. Osobowością. Człowiekiem o wielu zainteresowaniach (pierwszy raz spotkaliśmy się w Operze Wrocławskiej, na "Madame Butterfly", widywaliśmy się na koncertach, w teatrze) i wielkim miłośnikiem zwierząt, o których wiedział wszystko. I które kochał nad życie: wiele z nich - dzikich - wykarmił w swoim domu, smoczkiem, ratując od śmierci głodowej. Nigdy nie zapomnę widoku, gdy szliśmy przez wrocławskie zoo, zwierzęta podbiegały do niego, żeby je pogłaskał: żyrafy wychylały szyje przez fosę domagając się pieszczot, a dzikie koty, do których wchodził do klatek (!), żeby je przytulić, łasiły się do niego jak zwykłe dachowce. Bajka.

Pan z telewizora

Antoni Gucwiński. Rocznik 1932. Urodził się w Porębie Małej. Jako inżynier zootechnik po Wyższej Szkole Rolniczej w Krakowie trafił do wrocławskiego zoo. I już został we Wrocławiu. Tu ukończył weterynarię na Akademii Rolniczej, a od 1966 roku - przez kolejne 40 lat - był dyrektorem zoo. Napisał setki artykułów o zwierzętach, nagrał kilkanaście filmów, ale największą popularność (jemu i jego żonie Hannie Gucwińskiej) przyniósł program "Z kamerą wśród zwierząt", w którym opowiadał o życiu i zwyczajach zwierząt (1016 odcinków nagranych przez ponad 30 lat). Bez powodzenia startował w wyborach - i do Senatu, i do Sejmu (za to jego żona została posłanką), i do Europarlamentu.
Przez całe życie spadł na niego deszcz nagród (m. in. otrzymywał telewizyjne Wiktory, nagrody "Złoty Ekran", odznaczenia państwowe, czy Order Uśmiechu, który sobie bardzo cenił).

Zoo zostało w jego sercu

Były też rysy na jego życiorysie - jak sprawa misia Mago, który - jak twierdzili działacze ekologiczni - "był więziony przez Gucwińskiego w bunkrze". Po tym zdarzeniu Gucwiński odszedł ze stanowiska dyrektora zoo.
- Ciągle wspominamy te 50 lat, które przeżyliśmy w ogrodzie. Nie da się powiedzieć, tak z dnia na dzień: „Skończyłem. Zoo mnie nie interesuje”. To było całe nasze życie. I mamy ciągle niesmak, jak się ta nasza praca w ogrodzie zakończyła - opowiadał mi rozżalony. - To taka przestroga dla innych, żeby nie być za długo sługą zakładu. Myśmy powinni parę lat wcześniej odejść, spokojnie, a tak otrzymałem wypowiedzenie, po 55 latach pracy, z adnotacją, że się nie nadaję do XXI wieku. Z pracownikami się pożegnaliśmy. Klucze dałem następcy, kawę wypiliśmy i do widzenia.
A żony nie zauważyli w ogóle. Że pracowała tyle lat. To było przykre i odbiło się na mnie bardzo. Stąd mamy taki dystans do ogrodu - dodawał Gucwiński.
Po odejściu z ogrodu zoologicznego nigdy więcej nie przekroczył jego bram, nawet jako zwykły zwiedzający. Ale wrocławskie zoo zostało w jego sercu. Na zawsze.
- Jeżeli mam sny, to ogród zoologiczny mi się śni i to, co się w ogrodzie dzieje. Zwierzęta mi się śnią. Nie mogę, nie umiem się od tego psychicznie oderwać, choć jesteśmy już wiele lat poza ogrodem. Zoo siedzi cały czas w mojej głowie. Dlatego cieszy mnie, że ogród się rozwija. Nie zależałoby mi nigdy na jego upadku, że gdy nas nie ma, to zoo niszczeje. Na szczęście tak nie jest. Łatwiej by nam było jednak żyć, gdybyśmy nie mieszkali koło ogrodu. Blisko. Bardzo blisko. Ciągle, w drodze z domu i do domu, koło niego przejeżdżamy i kierownica w samochodzie nieraz mimowolnie skręca do zoo. Muszę się pilnować – wspominał.

Kąpiel z hipopotamami

Zwierzęta to była jego wielka miłość. Praca - pasją. Mógł o niej opowiadać godzinami. A anegdotami i historiami z życia zoo sypał, na poczekaniu, jak z rękawa.
- Kiedyś dwóch facetów postanowiło się wykąpać z hipopotamami. A przecież taki hipopotam waży trzy tony. Poszedłem, krzyczę: „Wychodźcie”. Jeden wylazł, a drugi nie chce. I odkrzykuje: „Panie, co pan mordę drzesz, sam przecież mówiłeś w telewizji, że są roślinożerne, więc o co chodzi?”. Innym razem dwaj studenci, wczesnym popołudniem, rozebrali się do naga i weszli do stawu. Pytam ich: „Panowie, czemu to zrobiliście?”. Na co jeden z nich mówi: „Chcieliśmy sprawdzić, czy to prawda, że w zimnej wodzie tylko kaczor potrafi…” - opowiadał Antoni Gucwiński.
Były też sytuacje dramatyczne:
- Na wybieg tygrysów wskoczyła kiedyś młoda dziewczyna. Nałykała się czegoś, bo się nie bała. Weszła na wybieg, na którym były trzy dorosłe tygrysy. Wszedłem na wybieg i zacząłem je odganiać. Bo znaliśmy jedną tajemnicę tych tygrysów. One swobodnie chodziły po naszym domu, nawet jak były już duże. I wszystko darły, drapały, jak to koty. Jedna rzecz im bardzo nie odpowiadała: szufelka do zmiatania śmieci, taka, którą się podstawia pod stół, żeby okruszki zmieść na nią. Bo gdy leżała na podłodze i tygrysy ją nadepnęły, to ich uderzała w nos. Dlatego szufelkę omijały jak świętość. I gdy wziąłem do ręki tę szufelkę ze sobą, na wybieg, to tygrysy się cofnęły. Ludzie nie wiedzieli, o co chodzi, my tak - uśmiechał się na samo wspomnienie.

Tajemnicze morderstwo...

Sporo było takich historii, które działy się w zoo, a nie wychodziły poza jego mury. Świat o nich nie wiedział.
- Zwierzęta na przykład uciekały. Raz wilk uciekł. I to na teren pobliskiego przedszkola. A dzieciaki, jak to dzieciaki, cieszyły się: „Piesek, piesek”, a to wielki basior był. Trzeba było szybko dzieci zabrać z podwórka, żeby były bezpieczne. Przyjechaliśmy z zoo ze środkami usypiającymi. Wilk uciekł z przedszkola na ogródki działkowe i tam go uśpiliśmy i zabraliśmy do zoo. A jedna z policjantek, która brała udział w obławie, miała na nazwisko Wilk. Śmialiśmy się, że wilk do wilczycy przyleciał - snuł opowieści pan Antoni.
Albo historia o... morderstwie w zoo: jeden z pracowników zamordował jedną ze zwiedzających dziewczyn, która weszła do pawilonu, do którego był zakaz wstępu. On prosił, żeby wyszła, a ona nie chciała. Więc ją złapał za szyję, od tyłu i chciał ją wyciągnąć, a ona mu w rękach zwiotczała.
- I on jej zwłoki zaciągnął do kotłowni, tam ją obłożył elementami drewna z klatek i palił. Spalił ją całą i została z niej tylko ręka, która zsunęła się na bok. Znaleziono tę rękę i myślano, że to ręka małpy. Zbadano i okazało się, że ręka jest ludzka. Zaczęło się śledztwo. Koszmar to był. Sprawca został złapany, był proces, dostał 12 lat, cztery przesiedział, wyszedł. Dziś jest ojcem trójki dzieci - wspominał Gucwiński.

Starość - bardzo trudny okres w życiu

Na emeryturze Antoni Gucwiński wycofał się z życia publicznego. Odpoczywał, trochę z dala od celebryckiego "wielkiego świata". Starość też zaczynała mu coraz bardziej doskwierać...
- Bo wie pan - im człowiek starszy, tym nawet te proste rzeczy zaczynają sprawiać trudność. Dawniej pójście na pocztę i zapłacenie rachunków, to był drobiazg do załatwienia. W tej chwili to jest dla nas wyprawa. Zrobienie tych samych rzeczy, co kiedyś, dziś - gdy człowiek jest starszy - kosztuje o wiele więcej wysiłku. I w miarę wieku, pojawia się jakiś lęk: czy dam radę coś zrobić, czy będzie na czas, czy wszystko będzie dopilnowane - takie zupełnie niepotrzebne martwienie się. Poza tym, co widzimy po sobie, zaczynamy unikać ludzi, zamykamy się w sobie. To bardzo trudny okres w życiu. Choć muszę panu powiedzieć, z drugiej strony, jest jeden plus: to wspaniały okres w życiu, bo... niczego nie musimy. Jesteśmy niezależni. Wybieramy tylko takie otoczenie, w jakim się dobrze czujemy, spotykamy się z ludźmi tylko takimi, w jakich towarzystwie czujemy się swobodnie. Robimy, co chcemy. Na przykład dwie godziny dziennie poświęcamy wronom, dzikim ptakom - opowiadał mi podczas ostatniego spotkania.
Twierdził, że na starość stawał się dokładny, skupiał się na niepotrzebnych szczegółach:- Zajmuję się teraz drobiazgami, którymi nigdy wcześniej bym się nie przejmował, bo nie było czasu. "A jaka leży przed domem wycieraczka?", "A czy jest w tym miejscu, co być powinna?", "A może tak ją lekko przesunąć w bok?", "A czy szczotka do butów wisi na swoim miejscu?". Na starość człowiek ma odwróconą uwagę - od tych wielkich rzeczy, na te właśnie drobiazgi. I właśnie one wypełniają harmonogram całego dnia - mówił, przyznając jednocześnie, że niekiedy brakowało mu sił, żeby rano wstać, żeby z łóżka się ruszyć.
Marzenia miał ostatnio bardzo proste, życiowe: - Żeby jak najdłużej człowiek był samodzielny, żeby nie musiał być zależny od drugiej osoby, w takim sensie, że musi ktoś pomóc wstać, zmienić pozycję, towarzyszyć w drodze do toalety - mówił. I nie ukrywał, że nachodzą go myśli o śmierci, o pogrzebie: - Przychodzą takie myśli. Coraz częściej. Nasza pani kardiolog, która nas prowadzi, mówi nam: "Słuchajcie, jest nieźle, ale lepiej nie będzie" - mówił pan Antoni. - Pogrzeb? Trzeba to ogarnąć: miejsce, formę, koszta. Żeby nie było z nami tak, jak z gwiazdą TV Ireną Dziedzic, co ją tygodniami w lodówce trzymali, bo nie miał jej kto pochować. Dlatego już najwyższy czas pomyśleć o tym, zorganizować samemu, bo nie mamy rodziny... - dodawał.

Antoni Gucwiński zmarł 8 grudnia we Wrocławiu.

Radosław Fogiel o komisji śledczej ws. Pegasusa w Sejmie

Wideo

Materiał oryginalny: Wrocławianie pożegnali Antoniego Gucwińskiego. Zobaczcie zdjęcia - Dolnośląskie Nasze Miasto

Dodaj ogłoszenie